praedzio21
praedzio21.blog.interia.pl
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Księga gości
 
O mnie
praedzio21
Słówko o mnie
Lubię muzykę irlandzką. Miewam zmienne nastroje. Uwielbiam książki, jak na bibliotekarza przystało. Nie znoszę papierosów, egzaltowanych facetów, prostactwa.
Zobacz mój profil
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
4472
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
55
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
9
Notki
Patrykowo 2011-03-18



Jako, że w kalendarzu zrobiło się zielono i irlandzko, wypadałoby z mojej strony naskrobać parę słów o imprezach, w których miałam niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w ostatnich dniach. Pierwszą z nich był środowy koncert z udziałem Beltaine & Jochen Vogel & Comhlan, na który popędziłam do podwarszawskiego Grodziska Mazowieckiego. Muszę przyznać, że wciąż chodzę z lekko nieprzytomnym uśmiechem na twarzy i wspominam gorąco zwłaszcza Jochena, który czynił cuda na harfie.  
To był wieczór pełen magii trzaskającej między palcami i podnoszącej włoski na skórze. Zapamiętałam szczególnie trzy kawałki (wszystkie z udziałem Jochena): pierwszy - przeróbka jednego z utworów Beltaine'ów, gdzie Adaś (skrzypek) brawurowo zagwizdał solówkę, a Jochen akompaniował mu na harfie, reszta chłopaków uzupełniała ten utwór dostosowując się do nieśpieszno-radosno-wiosenno-regge'owego tempa. Drugim utworem był The Little Cascade - kawałek instrumentalny napisany przez szkockiego dudziarza (nie pomnę nazwiska), który pewien okres swego czasu przesiedział w więzieniu w jednoosobowej celi. Utwór został zainspirowany dźwiękami kropli wody spadającymi z sufitu na podłogę celi. Jochen dźwięki dud przerobił na dźwięki harfy. Niewiarygodne, jak coś tak przygnębiającego można przemienić w coś tak pięknego!  

http://www.youtube.com/watch?v=iEMrGUSTWYU&feature=related

Trzecim kawałkiem totalnie wgniatającym mnie w glebę było Ain't No Sunshine zagrane na harfie (przy akompaniamencie chłopaków z Beltaine) i... zaśpiewane przez Jochena. Nie sądziłam, że facet ma tak przeczysty głos! Jak dla mnie Jochen Vogel ukradł cały występ chłopakom, a już na pewno skradł moje serce!

Męska część grodziskiej publiczności (wcale liczna) była zachwycona występem Comhlanu. Fakt, dziewczyny tańczyły zjawiskowo; stepowy kawałek accapella popełniony na bis przyprawił mnie o zawrót głowy. Jeśli chodzi o reakcje publiczności, Comhlan zdobył największe brawa. 

Drugim koncertem, który zaszczyciłam swą obecnością, był wczorajszy występ poznańskiego JRM i wrocławskiego Ellorien. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła sobie bohatera wieczoru. Tym razem padło na Diarmuida Johnsona, półkrwi Walijczyka i Irlandczyka. Jeny, jak on pięknie recytował najpierw w irlandzkim gaelicu, a później po walijsku! No i oczywiście cudnie grał na flecie.

Jeśli chodzi o sam zespół, którego Diarmuid jest okazyjnym członkiem, to - niestety - przegrywa z moją muzyczną miłością czyli Beltaine. Mimo tego, ma kilka świetnych kawałków, bez których mój zasób celtyckiej muzyki jest boleśnie niepełny.  

Co do Ellorien - jestem pełna podziwu dla dziewczyn, które naprawdę dały z siebie wszystko. Pod przywództwem Ateny dały takiego czadu, że ręce nie nadążały z klaskaniem.  

Wisienką na torcie był aktor (zapomniałam nazwiska, buuuu), który recytował irlandzkie wiersze po polsku.

Specjalnie dla Was fragment:

Na solnej skale, na zacienionym brzegu morza, zakwitnąć miał czelność kwiat. - Czemu tutaj? - zapytałem. - Słońce nigdy ci tu twarzy nie ogrzeje. Korzenie ledwo łapią się mchów i porostów. Ptaki się z ciebie śmieją. Łodyga zakołysała się. - Dlaczego? Bym tu oczarowany mógł słuchać morza śpiewu.
(autor: Liam O Flaithearta; tłum. Michał Jankowski)
Welcome back! 2010-12-05
Minął czas jakiś, odkąd tu zaglądałam ostatnio. Czas najwyższy nadrobić to zaniedbanie, zanim całkiem zapomnę jak się składa zdania. Pod tym względem niestety internet mnie nie rozpieszcza. Jeszcze gotowam zapomnieć ortografii polskiej, a to już by była klęska. :) Tak więc zamiótłszy tu parę śmieci, odkurzywszy półeczki ze wspomnieniami, załączywszy odpowiednią muzykę (irlandzką, rzecz jasna) zabieram się do roboty.

Jako szanujący się celtofil uważam za obowiązek swój uradowanie Was wiadomością, że we środę 1 grudnia byłam na koncercie Moi Brennan, która to piosenkarka nawiedziła Polskę z cyklem koncertów okołobożonarodzeniowych, przy okazji promując swą najnowszą płytę pt. My Match is Makin' . Trudno mi opisać tę wielką radość z możliwości zobaczenia artystki na żywo. To jakby nagle objawił mi się na jeden wieczór Robin z twarzą Michaela Praeda. :)
To uczucie pogłębiał fakt, że ostatnio muzykę Moi nieco zaniedbałam porwana innymi fascynacjami muzycznymi z tego kręgu. Tak więc kolejne piosenki zaśpiewane przez boską Moyę otwierały na nowo zardzewiałe nieco podwoje w mojej duszy dając ujście szaleńczej wręcz radości ze znanych doskonale dźwięków i słów. Cieszyłam się jak głupia słysząc piosenki z repertuaru Clannad - i to te starsze kawałki jak Téir abhaile riú, Eleanor Plunkett, Crann Ull. A przy Mhaire Bruineall normalnie się popłakałam. Ten kawałek przypomniał mi moje początki fascynacji muzyką irlandzką. Gromadzenia rzężących kaset magnetofonowych, grzebania w sieci w poszukiwaniu informacji o trudno dostępnych płytach zespołu. Te pierwsze wzruszenia ze słyszanych dźwięków. Fascynację głosami rodzeństwa Brennan... Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Te wszystkie uczucia i wspomnienia przemknęły mi w tych kilkudziesięciu sekundach kawałka śpiewanego a capella.

Warto dodać, że Moi towarzyszył niezwykle dobrany zespół składający się z Fionána De Barra, Cormaca De Barra, pięknogłosej Sinead Madden oraz Iana Parkera - najstarszego chyba stażem w towarzyszeniu Moi we wspólnym muzykowaniu (grał jeszcze z Clannad). Cała ta grupka sprawiła, że koncert brzmiał jak brzmiał - czyli rewelacyjnie! Siedziałam tam w tej bazylice i nie wierzyłam, że to dzieje się tu i teraz, prawie na wyciągnięcie ręki.

Po koncercie nastał czas na kupno płyt i zdobycie autografów. Wychodziłam stamtąd lżejsza o sto kilkadziesiąt złotych, ale z uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Czułam się przygotowana do świąt. :)

 
Celtowie w Zabrzu 2009-05-18

Jak już co poniektórzy wiedzą, noc z 16-tego na 17-tego maja postanowiłam spędzić w Zabrzu. Nie, nie, nie - wcale nie dlatego, że tego dnia trwał tam mecz Górnika z Odrą Wodzisław. :P Jak doniosły mi pewne ptaszki, czekała mnie tam noc pełna wrażeń, noc spędzona w krainie Celtów, przy dźwiękach irlandzkiej i bretońskiej muzyki, wśród fragmentów celtyckich narzędzi, monet i biżuterii w charakterze muzealnych eksponatów (wszystkie one zostały wykopane przez archeologów na Śląsku), przepięknych zdjęć Szkocji i Irlandii znajdujących się na wystawie w Muzeum Zabrzańskim, wśród jadła i ziół, wśród wojowników odzianych wielce dla mnie egzotycznie.... To tylko nieliczne rzeczy, które jestem w stanie wymienić. ;) Tak więc niewiele myśląc, zapakowałam się w pociąg - i pojawiłam się w Zabrzu.
Wkrótce dołączyły do mnie Basia (Barbarella) i Aine. Na miejscu spotkałam również Aaricię i Skelliga - znajomych z forum Beltaine'owego.

Swoją sobotnią podróż po krainie Celtów zaczęłam od wystawy w Muzeum Zabrzańskim. Dzięki uprzejmości Koroliny - inicjatorki całego przedsięwzięcia, mogłyśmy z Basią obejrzeć wcześniej (tzn. przed oficjalnym otwarciem) całą wystawę w spokoju, czytając bogate i dość obszerne opisy poszczególnych eksponatów. Stawałyśmy w zachwycie przed kolejnymi zdjęciami czy to Szkocji, czy to Irlandii smakując wciąż od nowa niby w końcu znane krajobrazy, ale jednak pokazane zupełnie inaczej. Jeśli istnieje coś takiego, jak robienie zdjęć z miłością, to właśnie tam miało to miejsce. Patrzyłyśmy na Irlandię i Szkocję oczami zakochanego fotografa - czy to ma sens?

Później przeniosłyśmy się do kina Roma, gdzie nastąpiło oficjalne otwarcie imprezy. Jako pierwszy wystąpił zespół Comhlan. Ponawiam swoje oświadczenie dane w innym miejscu i czasie: po pięciu minutach takiego tańca leżałabym plackiem na scenie nie mając sił z niej się podnieść. Boże, żebyście to widziały! Chyba najbardziej podobał mi się szkocki taniec z mieczami. Jaką to siłę trzeba mieć! Jaką kondycję!
Nieeee... nie potrafię tego opisać. To trzeba po prostu zobaczyć.

Później wszyscy potuptaliśmy do Cafe Silesia już oficjalnie przywitać otwarcie wystawy, mogłyśmy sobie wybić monety celtyckie, spróbować smakołyków przygotowanych przez Celticę (zakochałam się w suszonych ziołach!), zrobić zdjęcia z członkami tej grupy odzianymi w stroje celtyckie. Co odważniejsi dali sobie pomalować twarze w niebieskie wzory. ;)

Później szybciutko znów do Romy - bo przecież miał się zacząć ten punkt programu, dla którego właściwie do Zabrza zawitałam - spektakl pt. "Legendy celtyckie" w wykonaniu uczniów (chyba już zresztą abiturientów) V LO w Katowicach, których opiekunem jest Grzesiek Chudy z Beltaine.

I... kurna chata... zabrakło mi słów....
Ja stanowczo zbyt rzadko uczęszczam do teatrów. Nie mam świadomości, że omija mnie tyle emocji, wzruszeń, zadziwienia, śmiechu, wariacji różnych zmysłów....

Młodzi aktorzy naprawdę się świetnie spisali. Oczywiście, nie brakowało różnego rodzaju wpadek, pomyłek i potknięć (może zwalmy to wszystko na złośliwość rzeczy martwych :P ), jakie są przecież nie do uniknięcia, ale mimo tego czuło się magię świata przedstawionego; poszczególni bohaterowie zagrani zostali po prostu rewelacyjnie! Właściwie powinnam zacząć od scenariusza i piania z zachwytu nad tymże. Rewelacyjnie napisana historia, wykorzystująca legendy walijsko-starofrancusko-irlandzko-szkockie sprawiła, że przeniosłam się w czasie i przestrzeni wspominając cykl arturiański, opowieści Chretiena de Troyes, ballady Clannad czy też... powieść pisaną przez Aragonte. ;) Rewelacyjne dialogi, gry słowne, oczka puszczane do publiczności wprawiły nas w wyborny humor. Tu szczególnie muszę nagrodzić brawami scenkę z Lugiem i odźwiernym. Coś wspaniałego!  

W ogóle trudno mi pisać o spektaklu mając w pamięci prześwietną recenzję Aine z pierwszego przedstawienia w Katowicach. Nawet więc nie będę próbować. Powzdycham sobie tylko na wspomnienie poszczególnych scen okraszonych przepiękną muzyką.

A! Właśnie! Muzyka! Nie wiem, na ile w niej palce maczali członkowie Beltaine, a na ile uczniowie, ale powiem szczerze - szalenie mi się podobała. Właśnie TA wersja Trimartolod, fragment zasłyszany przeze mnie w Hunting Song grupy Pentagle, TA wersja Dulaman... Nie mówiąc już o ilustracjach bezsłownych (mniam!). Czy ja naprawdę usłyszałam motyw z Koziołka Matołka? Tak więc biję pokłony autorom i wykonawcom muzyki i domagam się wydania soundtracku do przedstawienia!! ;) Szkoda by było, gdyby te kawałki utonęły w mrokach niepamięci. Naprawdę.

Ledwie zdołaliśmy przetrzeć oczy budząc się ze snu czarownego w jaki zapadliśmy podczas Legend celtyckich, dr Marek Bednarek z Uniwersytetu Wrocławskiego wprowadził nas tym razem w czystą, wyzbytą z wszelakiej mitologii historię mówiąc o Celtach żyjących na terenie dzisiejszego Śląska i Małopolski. Aine robiła nawet notatki.

Następną rzeczą, której chyba długo nie zapomnę, była prezentacja Tomka Kowalczyka, zwanego Bretomkiem, traktująca o Bretanii widzianej jego zachwyconymi oczyma. I znów nie potrafię się wysłowić, pragnąc opowiedzieć o tej prezentacji. Wszystkie słowa, jakie mi się cisną na usta/pod palce okazują się jakieś płaskie, wyświechtane, nie pasujące. Kto widział tego skromnego, szczupłego człowieka pochylonego nad tomikiem poezji bretońskiej, walczącego z niepokornym rzutnikiem, ale z ogniem w oczach i miłością w sercu mówiącego o krainie, którą przemierzył wzdłuż i wszerz, ludziach, których tam spotkał, wspomnieniach, jakie przywiózł z kolejnych podróży, ten wie, że trudno to powiedzieć. I wie, jakie wrażenie po sobie zostawiła opowieść Bretomka.

Wiecie, do mnie nie bardzo przemawiają uczone artykuły, pogubiłam się na przykład podczas wykładu Bednarka, mimo że mam świadomość, iż dla wielu ludzi jego słowa były niczym źródło wody dla spragnionego. Aine i Basia siedziały z otwartymi buziami na przykład. ;) Tymczasem ja wolę opowieści ludzi nie-historyków, opowieści, które trafiają prosto do serca, zagnieżdżają się tam i kiełkują pod postacią dziwnego ognia. Porwały mnie słowa Tomka, okraszone prześlicznymi slajdami i muzyką bretońską dobiegającą nie wiadomo skąd. Kiedy zamykam oczy i widzę postać Tomka siedzącą na scenie i snującą swoją opowieść, czuję wciąż ten ogień. Ale to i tak marne odbicie tego, co dzieje się w sercu autora prezentacji. :)

Skończywszy swoją opowieść Bretomek poprowadził warsztaty tańca bretońskiego. Jako że scena miała ograniczony metraż, nie wszyscy się tam zmieścili. Aczkolwiek przyznaję, nie miałam po prostu odwagi, by dołączyć do tańczących. Ktoś kto ma dwie lewe nogi nie powinien się pchać na scenę. Aczkolwiek miałam takie chwile, że żałowałam. Bardzo żałowałam. ;) Filip (mój kot) świadkiem, że w domu próbowałam powtórzyć zapamiętane kroki tańca bretońskiego. Nie powiem, jak mi szło.

Tymczasem po pląsach bretońskich przyszedł czas na naukę gry na łyżkach, którą poprowadził Grzesiek Chudy. I znów żałuję, że nie mogłam brać czynnego udziału w warsztatach. Na pewno poszłoby mi lepiej niż z tańcem. ;) Tak myślę.

Po warsztatach nastąpiła dłuższa chwila przerwy, potrzebna na przygotowanie się Duan do występu, podczas której znów bryknęłyśmy do Cafe Silesia. ;) Zrobiłyśmy sobie zdjęcia z celtyckimi wojami, Aine znalazła czas, żeby się poprzebierać w różne stroje - i znów truchtem do Romy.

Na koncercie Duan byłam po raz pierwszy (nie liczę niedawnej sesji muzycznej w Warszawie), więc właściwie nie bardzo wiedziałam, czego się mam spodziewać. A tymczasem piątka facetów poprowadziła mnie prosto w objęcia najlepszej muzyki, jaka powstała na Wyspach. Skrzypce, flet, bouzuki irlandzkie, akordeon, bodhran i jeszcze kilka innych instrumentów - to właśnie połączenie tych instrumentów sprawiło, że jeszcze wciąż się uśmiecham. Wiecie - trudno porównywać Duan do na przykład Beltaine'ów, którzy są, jakby to powiedzieć... bardziej spektakularni. Duan postawiło na tradycję, subtelnie tworząc atmosferę kojarzoną przeze mnie z czasami, kiedy zaczynałam dopiero swoją przygodę z muzyką irlandzką. Nie sądziłam, że wciąż jeszcze potrafię się wzruszać przy znanych i wielekroć obsłuchanych tematach irlandzkich. Zawsze sobie powtarzałam: ech, to se ne wrati. To było kiedyś, a teraz jest teraz... A tymczasem... zonk! Powrót do przeszłości jest naprawdę możliwy! O ile ktoś chce, rzecz jasna, do tej przeszłości wrócić.
Ja chciałam. Bardzo chciałam. I Duan mi to zapewniło.

Swoją drogą Witek w naprawdę uroczy sposób zapowiadał następne kawałki. :) Widać było, jak bardzo się cieszy z reakcji publiczności i ta radość udzielała się nam wszystkim. Zaskoczył mnie osobiście dziękując nam - osobom z forum Beltaine'owego - za to, że odległość nie stanowiła dla nas problemu i zjawiliśmy się w Zabrzu, by uczestniczyć w Nocy Muzeów. Zapowiedział, że specjalnie dla nas będzie dedykował niektóre kawałki, co by się nam miło koczowało na dworcu. Odpowiedziało mu z widowni groźne spojrzenie trzech par oczu. ;)

Cały koncert sprawił nam wielką radość. Co poniektórzy ruszyli w tany (mniej lub bardziej dzikie), tanom towarzyszyły bojowe okrzyki (kilka wyrwało się nawet z mojego gardła). Zakwasy od klaskania w dłoniach czuję jeszcze dziś.

Po koncercie podeszłyśmy do chłopaków, zrobiłyśmy sobie z nimi zdjęcie i chwilkę porozmawiałyśmy z nimi dziękując za naprawdę miły wieczór. Padły deklaracje ponownego spotkania już za tydzień na Artbemie. ;)

Kończąc nieco przydługą notkę (piszę ją od dwóch godzin) chcę podziękować Aine, Barbarelli, Aaricii i Skelligowi za towarzystwo i ponawiam apel o ponowne spotkanie. Pełny skład pewnie się pojawi w Będzinie. ;)
Drugie urodziny WOTPI - Jimmy Bradley's Irish Pub, 24.04.2009 2009-04-28

Warto by było parę słów napisać o piątkowej sesji muzycznej, w której udział wzięli muzycy z Carrantuohill, Rimead, Duan i Open Folk. Sesję ową zorganizował Warszawski Oddział Towarzystwa Polsko-Irlandzkiego, który obchodził w ten sposób drugą rocznicę swego istnienia. Impreza miała miejsce w Jimmy Bradley's Irish Pub w Warszawie.

Zachęcona tyloma świetnymi nazwami potuptałam ochoczo na ul. Sienną, gdzie mieści się ów pub. Z trudem znalazłszy jakieś wolne miejsce zasiadłam w oczekiwaniu na koncert.

Może niektórzy z was nie wiedzą, na czym taka sesja polega, więc śpieszę z tłumaczeniami. :) Na ogół w sesji takiej biorą udział muzycy z różnych zespołów, ale nie tylko. Po prostu każdy przynosi ze sobą jakiś instrument i włącza się do grania. Nie musi przy tym być profesjonalnym muzykiem. W Irlandii bardzo często mają miejsce takie sesje, niosąc swą spontanicznością wiele radości zarówno grającym jak i słuchaczom.

A jak było w Jimmy Bradley's Irish Pub? Na pewno spontanicznie! Widać było, jak muzycy się doskonale bawili, nikt ich nie poganiał, nie ograniczały ich żadne programy, organizacja, bilety, poślizgi czasowe i różne tego typu rzeczy. Oni tam przyszli przede wszystkim dla siebie. Jak się któryś zmęczył, szedł do baru po piwo, a w tym czasie zastępowali go inni.

Tancerze (byli tam, a jakże!) spisali się naprawdę dobrze, biorąc pod uwagę tłok panujący w lokalu. Mimo tej ciasnoty tańczyli z wdziękiem i wprawą, zbierając gromkie brawa.

Inną gwiazdą programu była brytyjska drużyna rugbystów (ponoć nie zapraszana przez organizatorów ;) ), która znalazła się całkiem przypadkowo w centrum imprezy. Poradzili sobie zresztą z tym nad wyraz świetnie. Co jakiś czas podrywali się z krzeseł i intonowali pieśń (niestety, repertuar nie jest mi znany ;) ). Robili to tak głośno, że skuteznie zagłuszali muzyków, którzy z uśmiechem odkładali na bok instrumenty, czekając aż tamci skończą piosenkę.

Hitem wieczoru okazała się piosenka w wykonaniu tychże rugbystów zakończona pełnym striptizem. :rotfl: Podczas, gdy panowie tańczyli, jak ich Pan Bóg stworzył, niżej podpisana, nie wiedząc gdzie oczy podziać, rozglądała się po sali obserwując reakcję zarówno muzyków jak i słuchaczy. O ile muzycy (niektórzy) wyglądali na nieco stropionych, o tyle żeńska część publiczności bawiła się świetnie bijąc brawo chippendalesom z Bożej łaski. ;)

Jakiś czas później część ludzi ruszyła w tany przy dźwiękach czy to dud, czy to skrzypiec, fletów, gitary, łyżek i innych instrumentów.
Wyszłam stamtąd tanecznym krokiem nucąc szkocką pieśń i myślami wędrując do Irlandii, gdzie takowe sesje są na porządku dziennym.

Sądząc po bardzo życzliwych opiniach na forach internetowych, zarówno członkom poszczególnych zespołów jak i słuchaczom sesja bardzo się spodobała i już trwają próby zaplanowania kolejnej. I dobrze! Chwalebny to zwyczaj i jeśli tylko będę miała okazję na którejś z takich sesji się zjawić, zrobię to z całą pewnością!
Friends & Crocodiles (2005) 2009-04-14

Długi czas dojrzewał u mnie film Friends & Crocodiles z Damianem Lewisem. I gdyby nie to, że Bestplayer całkiem przypadkowo włączył mi ten film (przeglądałam jakiś inny i nie zauważyłam momentu, kiedy Bestplayer po skończeniu jednego filmu załapał automatycznie następny w kolejności znajdujący się w tym samym folderze - czyli na Pulpicie), to pewnie do tej pory by mi dojrzewał. Odstraszał mnie brak polskich napisów, a taki film to jednak warto obejrzeć w pełnym zrozumieniu. Cóż, napisów dalej niet, a ja tymczasem obejrzałam cały film. Gdzie nie rozumiałam dialogów, nadrabiałam gapiąc się analfabetycznie na Damiana.

Nie wiem, czy ktoś czytał książkę Poliakoffa, na podstawie której nakręcono film (wyszła u nas w ogóle?) i wie, jak się książka ma do filmu - czy też odwrotnie. W każdym bądź razie film zrobił ze mną coś takiego, że wciąż mam ochotę do niego wracać - nie tylko po to, żeby zrozumieć wcześniej niezrozumiałe przeze mnie fragmenty, ale właśnie po to by obserwować relacje między Paulem a Lizzie. Spotkałam się z opinią, że Paul przypomina Gatsby'ego (nie czytałam, więc nie mam porównania). Jaki jest Paul? Ma wizje ulepszania świata, jego głowa jest pełna projektów, pomysłów - dodam, że genialnych projektów. Paul również lubi otaczać się niecodziennymi ludźmi: artystami, historykami, politykami, geniuszami - można powiedzieć, że ich kolekcjonuje. Stwarza im warunki do śmiałego wyrażania swoich poglądów, sprawiając, że czują się potrzebni. Świat Paula jest jednak światem chaotycznym, nieuporządkowanym, który jako taki nie ma celu. Dlatego też nasz bohater potrzebuje kogoś, kto by to wszystko w jakiś sposób zorganizował. I tak oto Paul spotyka Lizzie - niesłychanie sumienną, uporządkowaną osóbkę, która zostaje jego asystentką. I wszystko byłoby dobrze, gdyby Paul, a raczej tryb jego życia nie dały w kość Lizzie. Po kolejnym baaaaardzo hucznym przyjęciu zakończonym regularną rozróbą (jak się okazuje, zorganizowaną przez samego Paula) Lizzie puściły nerwy. I tak ich drogi się rozeszły.
Po kilku latach spotykają się znów. I znów pracują razem, na innych tym razem warunkach. Również tym razem ich współpraca kończy się fiaskiem. Znów mija trochę czasu. Tymczasem Paul ciągle szuka sposobu na życie (kiedy zobaczyłam go jako farmera hodującego świnie - padłam!). I wciąż namawia Lizzie, żeby z nim pracowała. Ale Lizzie ma własny świat, własne problemy (wyszła za mąż, pracuje w ogromnej korporacji). Tylko czy czuje się szczęśliwa?

Znamienną wydaje się scena, w której Lizzie przez telefon wykrzykuje do Paula wszystkie swoje żale, a także pytania m.in. takie: dlaczego przez cały ten czas, który minął od ich pierwszego rozstania ma wrażenie, że wciąż pracują razem, że są w jakiś sposób ze sobą połączeni, mimo że każda próba współpracy kończy się katastrofą?

Okazuje się, że mimo ogromnej różnicy charakterów, Paul i Lizzie są stworzeni do tego, żeby razem pracować. Przed nimi kolejna próba.

Mimo że od obejrzenia tego filmu minęła prawie doba, wciąż o nim rozmyślam. Przyznam, że fascynują mnie tacy ludzie, jak Paul. Wciąż się zastanawiam, co oni mają w sobie takiego, że ludzie garną się do nich jak muchy do miodu, mimo opłakanych w końcu skutków. Czy chciałabym w życiu spotkać takiego Paula? Chyba nie. A może jednak?
Cead Mile Failte! 2009-03-21
Jak wszystkim wiadomo, dzień św. Patryka razem z forumową znajomą - Calipso świętowałyśmy godnie, jak na Celtofilów przystało. Poniższe - zapewne niezbyt uporządkowane - słowa będą opisywać wrażenia z koncertu trzech zaprzyjaźnionych artystów, który to koncert odbył się w tego dnia w warszawskim Teatrze Rampa. Artyści owi to: Beltaine - zespół grający muzykę celtycką (irlandzko-szkocko-bretońską z różnymi naleciałościami), krakowski zespół taneczny Comhlan oraz gość specjalny - Michał Piotrowski, który na co dzień tańczy w duecie z Dorotą Czajkowską w projekcie zwanym Celtic Senses. Kilka słów może o tym ostatnim artyście: posiada tytuł dwukrotnego Mistrza Europy w Tańcu Irlandzkim, razem z Dorotą zakwalifikował się do kategorii Open (najwyższa kategoria jeśli chodzi o taniec irlandzki) i został zaproszony do udziału w przedstawieniu Riverdance. Więcej informacji o nim możecie przeczytać tutaj: http://www.celticsenses.pl/?page=onas

Zespołu Beltaine chyba nie muszę nikomu przedstawiać, prawda? Siedmiu chłopaków, którzy w swoim adresie zamieszkania mają m.in. Katowice, Kraków, Będzin czy Mysłowice, a dusze mają na wskroś celtyckie. Może jeszcze warto wspomnieć o tym, że Beltaine jest organizatorem corocznie odbywającego się Festiwalu Muzyki Celtyckiej Zamek w Będzinie. Informacje na temat zespołu można znaleźć tutaj: www.beltaine.pl

Comhlan tańcem irlandzkim w swoim wykonaniu cieszy nas już 15 lat. Niedawno zresztą w Krakowie świętował swoje 15-lecie. Strona internetowa zespołu: http://www.comhlan.art.pl/

A teraz  wrażenia.  Wybaczcie, że nie jestem w stanie przytoczyć po kolei wszystkich utworów/piosenek wykonywanych przez Beltaine, czy poszczególnych tańców Comhlan oraz solowych popisów Michała. Zbyt dużo tego było, a i pamięć już nie ta. ;) W pamięci mam tylko to, że wszyscy ci artyści potrafili złapać świetny kontakt z publicznością, która coraz to wybuchała salwą śmiechu (ach, te nieśmiertelne dowcipy Hoody'ego!). Przykłady? A proszę bardzo!

Zespół wychodzi na scenę, najpierw pojawiają się Grześ i Jasiu. Grzegorz coś tam majstruje przy mikrofonie, w dłoniach trzyma flet, Jasiu próbuje strun na swoim instrumencie. Reszta chłopaków jest jeszcze za kulisami. Następuje cisza, która się przedłuża. Wśród publiki słychać pojedyncze chichoty, Grześ rzuca spojrzeniem na publiczność, po czym zakrywa usta (które trzyma przy mikrofonie) i teatralnym szeptem rzuca w kierunku Jasia: "Do prądu!". Ryknęliśmy śmiechem.

Nieśmiertelnym motywem w trakcie koncertu były przerywniki Grzesiowe, który realizował się również w konferansjerce. Tak więc dowiedzieliśmy się z nich, że płyta Beltaine jest dobra na porost włosów, Coolesz jest jedynym okulistą, który potrafi zdiagnozować pacjenta przez Gadu-Gadu, a Niemcom, Szkotom i Anglikom potencjalnie obecnym na koncercie nie należy tłumaczyć słów, które się tu wypowiada, gdyż mnóstwo dowcipów poleciało pod ich adresem.

Utwory, których wykonanie utkwiło mi w pamięci: 4 reele, podczas których mogłyśmy z Calipso zaobserwować pył sypiący się ze smyczka Adasiowego, który w zawrotnym tempie wykonał na skrzypcach ów utwór (coś niesamowitego! tempo było tak szybkie, że normalnie ręce nie nadążały nam z klaskaniem, a nogi z tupaniem! Po zakończeniu 4 reeli Adaś został nagrodzony burzą braw), Łódź by Night (dedykowany Szkockim Teściowom Bojowym - nie pytajcie, co to znaczy), wspaniale, naprawdę wspaniale wykonany Foggy Dew, aż żałuję, że nie miałam ze sobą żadnego sprzętu rejestrującego, żeby nagrać to całkiem nowe dla mnie wykonanie, An Astailhad, które z kolei przypadło do gustu Calipso - również w nowej aranżacji, oczywiście moje ulubione Bretolomolo, czy Ye Yacobites, no i... zupełnie nowy kawałek, którego do tej pory nie słyszałam, a który na forum Beltaine'owym został ochrzczony mianem "Nowegotajemniczegokawałka", w skrócie - "Wałka".  Jak się możecie domyślić, ostatni ten kawałek pobudził mój instynkt myśliwski, w związku z powyższym będę co miała robić przez najbliższy czas.

Comhlan tańczył wyśmienicie, wspaniale komponując się z Beltaine'ową muzyką. Aż mi się przypomniała pewna zabawna sytuacja: często było tak, że przy wykonywaniu poszczególnych tańców, tancerze Comhlanu pojedynczo wkraczali na scenę, dołączając w układzie choreograficznym do tańczących już na tej scenie, co wyglądało bardzo ciekawie i przyjemnie dla oka. Zapatrzona w pląsający zespół, kątem oka zarejestrowałam jeszcze jedną postać wbiegającą truchcikiem na scenę, i oczekiwałam, że dołączy również do tańczących. Ze zdziwieniem zauważyłam, że postać ta się zatrzymała przy mikrofonie - gdy zwróciłam wzrok na nią, okazało się, że to był Grzesiek, który dołączył do muzyki swój flet. Parsknęłam śmiechem, gdyż faktycznie Chudy tak wkomponował swój truchcik w układ choreograficzny Comhlanu, że można się było spodziewać tego, czego ja się spodziewałam.

Może jeszcze powiem jedno - gdy na scenę wkroczył tanecznym krokiem Michał Piotrowski, scena pojaśniała. Autentycznie. Siedzieliśmy jak zaczarowani patrząc, jak ten niespełna 20-letni chłopak tańczy. Drobnej postury, z czarującym uśmiechem, wykonywał poszczególne tańce (głównie stepując) w takim szybkim tempie, że wzrok nie nadążał za nim po scenie. Coś niesamowitego! Nie wiem, jak on to robi, ale skupił na sobie uwagę całej publiczności, która zamarła w zachwycie.

Czas już kończyć swoje pisanie, powiem wam tylko - nic nowego - że po takim koncercie jak zwykle czuję głód, objawiający się chęcią pójścia na jeszcze jeden koncert, i jeszcze jeden... Wieczór Patrykowy był dla mnie magicznym czasem, podczas którego reszta świata ze swoimi problemami, codzienną gonitwą za pieniądzem czy innymi rzeczami zamarła gdzieś w bezruchu dając powędrować w nieznane rejony ludzkiej wyobraźni i marzeń okraszonych celtycką muzyką.

Chciałam w tym miejscu podziękować chłopakom z Beltaine: Byliście - jak zwykle - wspaniali! Do zobaczenia na następnych koncertach!
Śnij, ach śnij, kochanie... 2008-12-25

Taki to dziwny ten świąteczny wieczór...

Przed chwilą obejrzałam sobie Christmas Cottage - film idealny na ten świąteczny czas. Zderzenie młodości, zapału i radości życia (Jared Padalecki) ze starością, dumą, smutkiem, wypaleniem (Peter O'Toole)... Film sam w sobie nie jest jakimś majstersztykiem, ale chyba nigdy nie miał takim być. Został rozpisany na trzy role: Thomasa (Jared), Glena (Peter) oraz Maryann. I to na nich skupia się głównie nasza uwaga.

Jednakowoż pozostałe postaci uzupełniają doskonale ten film, stanowiąc mozaikę różnych charakterów i zachowań. Nie raz i nie dwa owe zachowania poszczególnych postaci doprowadziły mnie do śmiechu. Taki ten film właśnie jest - ciepły, przytulny, gdzie łzy wzruszenia mieszają się ze szczerym śmiechem.

Może to przez te święta... Podejrzewam, że gdybym obejrzała ten film w jakimkolwiek innym okresie, co najwyżej pozachwycałabym się słodkim jak ciasteczko Jaredem Padaleckim, nie zwracając uwagi na przesłodzoną zbyt treść całego filmu. A tak, czuję ciepło rozlewające mi się po całym ciele, jakby ktoś poczęstował mnie właśnie filiżanką gorącej czekolady.
Jednym słowem - jest to film do pooglądania w świąteczny wieczór z całą rodziną.

Innym świątecznym (albo i nie) akcentem dzisiejszego wieczoru, który sprawia, że jest mi dobrze, ciepło i przytulnie - jest najnowsza płyta zespołu Mikromusic pt. Sennik. Słucham, słucham i słucham - i nie mogę się nasłuchać. Łagodne dźwięki, ciepły i zmysłowy głos Natalii, wspaniałe linie melodyczne powodują moje totalne rozprężenie i rozmarzenie. Motywem przewodnim płyty jest śnienie - i to się czuje. Ostatnią płytą, która była w podobnych klimatach i którą się zachwycałam do nieprzytomności były Bardzo niebieskie migdały Roberta Amiriana.

Polecam wszystkim marzycielom.

Nothing's forgotten, nothing is never forgotten.... 2008-09-09
Jako, że ostatni weekend spędziłam w Sosnowcu na festiwalu Euroszanty & Folk, którego niekwestionowaną gwiazdą był zespół Clannad postaram się wysmarować coś na kształt recenzji, a raczej kilka chaotycznych dość zdań opisujących wrażenia z niedzielnego pobytu na tym festiwalu.

Jak to G.C. zwykł mawiać: Czas antenowy (siedzę w kafejce) jest krótki, więc będę się streszczać.

Do Sosnowca razem z Aine (forumową koleżanką) i Basią dotarłyśmy z półgodzinnym poślizgiem i na koncert Beltaine wparowałyśmy mniej więcej w połowie. O tyle szczęście w nieszczęściu, że zdążyłyśmy na ten kawałek, który tak bardzo chciałam usłyszeć: Łódź by night. Przy tym utworze zawsze ogarnia mnie coś na kształt euforii. Jestem pełna podziwu dla chłopaków z Beltaine, że potrafią wyczarować coś tak skończenie pięknego, jak ten właśnie kawałek. Ponawiam swoją obietnicę sprzed dwóch tygodni: ZDOBĘDĘ ten kawałek!! Choćbym spod ziemi miała go wytrzasnąć!

Po koncercie Beltaine udałam się do namiotu, w którym mieli sprzedawać swoje płyty i dawać autografy. Nabyłam sobie Rockhill, jako że KoncenTrad już mam. Oczywiście, znów poprosiłam o autografy, no i w dodatku cyknęłam sobie z nimi zdjęcia! (dzięki stokrotne Aine, że mnie do tego namówiłaś!!!). A z tymi zdjęciami to cała historia.

Przestępując z nogi na nogę i rumieniąc się niczym piwonia spytałam Grześka, czy mogę zrobić sobie z nimi zdjęcie, czy może jakiś ochroniarz mnie zaraz przepędzi... Frontman Beltaine zrobił zaskoczoną minę, ale zgodził się natychmiast. Tak więc weszłam do ich namiotu, chłopcy zaczęli się ustawiać, Aine zrobiła nam zdjęcie. Później sama weszła do namiotu, aparat zostawiając naszej wspólnej znajomej, Basi. Tymczasem zrobiło się małe zamieszanie, ktoś zawołał, że zaraz Beltaine będzie musiało wyjść na scenę... Basista zespołu wstał, zamierzając wyjść z namiotu, a tu zdjęcie jeszcze nie zrobione...
Na moje nieśmiałe: "Przepraszam, czy mógłbyś usiąść do jeszcze jednego zdjęcia?" nie zareagował, więc w końcu pełnym desperacji głosem wrzasnęłam kładąc mu rękę na ramieniu: SIAD!!! Zdezorientowany usiadł natychmiast, rozglądając się za źródłem władczego głosu. Chłopcy z tyłu zaczęli się śmiać, mówiąc: "Dobrze! Z nim trzeba ostro!"
.... i tak oto mam dwa zdjęcia z zespołem Beltaine...



Resztę popołudnia przesiedziałam z dziewczynami w ogródku tawernianym. Dołączyła do nas w międzyczasie Aragonte. Tak więc te kilka godzin dzielące nas od występu Clannad spędziłyśmy na debacie dotyczącej powieści pisanej przez naszą forumową koleżankę.

Pół godziny przed koncertem wyszłyśmy na miasto poszukać jakiejś kawy, co by naładować nią nasze akumulatory. Wróciłyśmy w momencie, kiedy zespół wychodził na scenę. Serce zaczęło mi łomotać, w gardle ściskać i w ogóle cała drżałam. Wciąż z lekkim niedowierzaniem wpatrywałam się w scenę rozpoznając twarze znane mi do tej pory jedynie z okładek płyt CD, czy też internetowych fotek. Moya, Ciaran, Noel i Duggan wyszli na scenę, ustawiając się przy swoich instrumentach. Zabrzmiały pierwsze takty "Newgrange", później leciały kolejno Na Buachaillí Álainn i Caide Sin Don Te Sin... Przy żywych piosenkach, jak A Mhuirnin O czy Closer To Your Heart publika klaskała i tańczyła, wpatrując się jak zaczarowana w tańczącą Maire. Podobały mi się omówienia kolejnych piosenek. Parsknęłam śmiechem przy Dulaman, Kiedy To Ciaran próbował wytłumaczyć, co to właściwie jest owo "dulaman". Nie bardzo mu to wychodziło, musiała mu pomóc w tym Moya. Nie pozostało mu nic innego, jak powiedzieć z uśmiechem "Sorry!"

Zamykam oczy i przypominam sobie piosenkę "Two Sisters", kiedy to Maire zachęcała publiczność do odśpiewania poszczególnych sekwencji. Z prawdziwą radością zauważyła, że wszyscy doskonale znają słowa tej piosenki. To było niesamowite uczucie śpiewać razem z nią piosenkę, czuć jedność z zespołem, chłonąć muzykę wykonywaną przez Clannad i wspomagających go muzyków.

Prawdziwą burzę oklasków zebrała wiązanka kawałków z "Robin of Sherwood". Brawa trwały i trwały nie pozwalając Moyi dojść do słowa.

Cały koncert trwał jakieś 1,5 godziny. Niestety, nas gonił czas, musiałyśmy uciekać na pociąg. Dlatego już z oddali usłyszałam "Dance & Theidhir Abhaile Riu", które Clannad zagrało na bis.
Słyszałam później, że w czasie do tego przeznaczonym, czyli po koncercie, członkowie zespołu zamieniali po kilka słów z każdym wchodzącym do nich fanem, proszącym o autografy. Ten zespół to jest prawdziwa gwiazda! Kto widział Maire roztaczającą wokół siebie aurę ciepła i serdeczności, obdarzającą tym uczuciem całą zgromadzoną w Sosnowcu publiczność, wie o czym mówię. Naprawdę żałuję, że nie mogłam zostać po koncercie i zamienić choć kilka słów z zespołem swoim kalekim angielskim. A może to i lepiej... Na pewno zapamiętano by mnie, jako oniemiały posąg z wytrzeszczonymi oczyma, a nie jako zachwyconą fankę...

P.S. Piotrek, teraz już wiem, co czułeś podczas dublińskiego koncertu....
Veni, vidi, vici ;) 2008-08-23
Z góry przepraszam wszystkich za ogromną przerwę w pisaniu bloga. I od razu śpieszę donieść, że przez te miesiące nagromadziło się trochę wrażeń do opisania. Zacznijmy może od tego, że te słowa piszę siedząc w Warszawie, w której notabene przebywam od jakiegoś miesiąca. A wszystko przez pracę, którą tak właściwie znalazłam przypadkiem, kiedy szukałam czegoś, gdy okazało się, że nie przedłużą mi umowy w szkole. Wysłałam CV, nie sądząc, że w ogóle ktoś na nie odpowie - a tu siurpryza! Następnego dnia - telefon i zaproszenie na rozmowę... I tak oto jestem tu, gdzie jestem.

Pracuję w jednej ze stołecznych bibliotek w dziale udostępniania, co w praktyce oznacza, że jestem w wypożyczalni, czytelni, a czasem wprowadzam książki do MAK-a - główny zresztą powód, dla którego zostałam przyjęta.

I tak sobie jakoś tu radzę - spotykam się ze znajomymi, a to dawnymi, a to nowymi - poznanymi na forum SPD, poznaję Warszawę, a ostatnio zaczynam doceniać uroki kulturalne miasta, do którego jak do tej pory trudno mi było się przyzwyczaić.

I tu główny powód, dla którego dziś zamieszczam swoją notkę:  wczoraj wieczorem w warszawskim Lapidarium odbył się koncert Beltaine, na który rzecz jasna niżej podpisana poleciała truchcikiem.

Sama nie wiem, jak opisać wrażenia z tego koncertu. Przed oczami migają mi urywki wspomnień, w których widnieją roześmiane twarze chłopaków z zespołu strojących do siebie różne miny w trakcie koncertu, czasem pełne skupienia podczas spokojnych kawałków - tu nad wyraz ekspresyjny okazał się skrzypek - Adam Romański. Przyjemnie też było popatrzeć na grającego na "zdechłej kozie", jak to powiedział G. Chudy o dudach, Jasia Gałczewskiego. Sam zresztą Chudy - było nie było - frontman grupy, chyba minął się z powołaniem, bo powinien występować w kabarecie i tam realizować się aktorsko... No, dobra! Żartowałam! Połowa fanów, a raczej fanek na koncerty Beltaine przychodzi dla Hoody'ego i pewnie wszyscy oni byliby niepocieszeni, gdyby ten postanowił gdzie indziej realizować się artystycznie.

Tak czy siak przyjemnie było patrzeć na jego zastygłą w skupieniu minę, gdy grał czy to na akordeonie, czy na bombardzie, czy też flecie.

Przy żywych kawałkach, a tych była większość, chłopaki dawali z siebie wszystko porywając swoim entuzjazmem i muzyką warszawską publiczność. Dowcipy Chudego, które serwował nam w przerwach między utworami rozśmieszały nas niekiedy do łez. Mój ulubiony: Jesteśmy, proszę państwa, zespołem, o którym sam Prezydent... - i tu Grzesiek zaczyna znacząco poruszać brwiami i stroić niby-poważne miny, po czym kończy: ... powiedział: "Nie znam ich". W tym momencie publiczność ryknęła śmiechem.

Z prawdziwym zachwytem zauważyłam, że Beltaine'owcy podczas koncertu idą na żywioł. Innymi słowy, stawiają na spontaniczność. Na początku, jeszcze przed koncertem, otrzymaliśmy informację, że koncert się parę minut opóźni, gdyż jeden z członków zespołu jest jeszcze w pociągu. Po 10 minutach rozpoczyna się koncert. W trakcie pierwszego utworu do sali wlatuje zziajany Grzesiek w garniturze i krawacie, nagrodzony oklaskami i śmiechem publiczności, wbiega na scenę i chwyta akordeon, po czym zaczyna na nim grać, włączając się do muzyki kolegów. Po skończeniu pierwszego kawałka zdejmuje z siebie akordeon, po czym ze słowami: Państwo pozwolą, że się rozbiorę (znów śmiech i oklaski publiczności) ściąga z siebie garnitur i krawat. Koncert rozpoczyna się w pełni.

Pod koniec nie daliśmy oczywiście im zejść ze sceny. Musieli trzy razy bisować. Po raz pierwszy wtedy usłyszałam moje ukochane "Bring to the boil" (ilustracja: http://pl.youtube.com/watch?v=3i7g7xeLGi0 ) grane na żywo. Skoro o utworach mowa, koncert, podobnie jak ten Trójkowy, składał się z kompilacji utworów z obu płyt zespołu: Rockhill i KoncenTrad, jednakowoż pojawiały się kawałki grane jedynie na koncertach, a nie zamieszczone na żadnej z płyt. Takim był na przykład utwór "Łódź by night" dedykowany "wszystkim wojującym feministkom" (słowo osobliwie nie mogące przejść przez usta frontmanowi). Uroczyście postanawiam zająć się poszukiwaniami tego kawałka - chodźby na Youtube, żeby go usłyszeć jeszcze raz.

Po koncercie ruszyłam wraz z innymi fanami, żeby zdobyć autografy członków zespołu. Przy okazji udało mi się zamienić po kilka słów z każdym z nich. Z Lapidarium wychodziłam cała w skowronkach. Przez całą drogę powrotną nuciłam poszczególne utwory Beltaine... i myślałam o nadchodzącym koncercie Clannad. A to już za dwa tygodnie!!
Marzenia nocą... 2008-03-31


































Ja znów tylko na chwilę. W uszach brzęczy mi moje najnowsze muzyczne odkrycie - Ren Stewart. Jej piosenka Pushing Up ma w sobie ten klimat, który lubię: tęskno-marzycielski.
Gdy jej słucham, wyobrażam sobie Los Angeles nocą (wiem, to ciągle przez serial "Life"). Tańczące światła samochodów rozpryskujące się na pokrytej deszczem szybie okna, wolno płynący strumień samochodów przywodzący na myśl krew krążącą w arteriach, zapach nocnego deszczu powodujący, że odkrywa się wszystkie wonie mocniej, intensywniej...
Trochę gadam bez sensu, ale czasem trudno przelać myśli na papier (w tym wypadku wirtualny). A to nawet nie są myśli, tylko uczucia, marzenia, emocje.
Jak inaczej przełożyć muzykę na słowa?
Dziś nawet tego nie będę próbować, tylko oddam się we władanie dźwięków. A saksofon niech mnie ukołysze do snu.
http://praedzio.wrzuta.pl/audio/bucqmMWH8W/
Nyfes (2004) 2008-03-29

W ramach utrzymywania się w nieustającym zachwycie Damianem Lewisem, wczoraj, w późnych godzinach wieczornych obejrzałam grecko-amerykański film pt. "Brides" z tymże aktorem w roli głównej. Warto zaznaczyć, że film wyreżyserował Pantelis Voulgaris, a dialogi w połowie są angielskie a w połowie greckie.


Rzecz dzieje się w 1922 roku, który był znamiennym rokiem dla Grecji, Turcji, Gruzji i innych pomniejszych państw Azji Mniejszej z powodu zarówno wyniszczającej wojny pomiędzy Turcją a Grecją, jak i trzęsień ziemi, które w tym czasie nawiedzały ten rejon świata.

Z greckiego wybrzeża wypływa statek "King Alexander" wiozący na swym pokładzie kilkaset młodych greckich, tureckich i gruzińskich kobiet tzw. Nyfes, czyli panien młodych, które zmierzają do Ameryki, aby tam zawrzeć zaaranżowane uprzednio małżeństwa z greckimi emigrantami, którzy wyruszyli tam za chlebem. Kobiety wiozą ze sobą zdjęcia "narzeczonych" oraz całą wyprawę ślubną, za sobą zostawiając rodzinne domy i ojczystą ziemię.

To nie pierwsza tego typu wyprawa "King Alexandra". Na pokładzie jest człowiek nazwiskiem Karaboulat, który tragedię owych dziewcząt, w większości jego rodaczek zresztą, wykorzystuje, żeby się wzbogacić. Robi różne przekręty w związku z tym. Niektóre dziewczęta nie dopływają do celu, są wykorzystywane przez bogatych biznesmenów-obcokrajowców itp.

Na tym samym statku płynie również amerykański fotograf, który wraca z Grecji, gdzie uwieczniał wojnę turecko-grecką na zdjęciach, do Ameryki.
Wstrząśnięty historią owych panien młodych, postanawia zrobić im wszystkim zdjęcia w ślubnych sukniach, pragnąc upamiętnić ich strach, nadzieję, oczekiwania co do przyszłych małżonków i w ogóle czekającego je losu w obcym kraju. Wśród młodych kobiet wyróżnia się Greczynka imieniem Niki. Ona jedna przyjmuje swój los z godnością, nie okazując lęku. Norman, robiąc zdjęcia dziewczętom, zaprzyjaźnia się z Niki, w skrytosci serca podziwiając jej dumę i odwagę.

Jako, że dziewczyna nieźle włada angielskim, prowadzą ze sobą rozmowy na temat ich krajów, rodzin. W miarę upływającego na statku czasu, Norman zakochuje się w Niki, mimo że wie, iż dumna dziewczyna nigdy nie zawiedzie pokładanego w niej zaufania jej rodziny i nie porzuci przyszłego męża dla innego.


Film spełnia wszystkie zasady dobrego melodramatu, ma przepiękne zdjęcia - na początku mamy śliczne ujęcia greckiego krajobrazu; towarzyszy nam piekna, melancholijna muzyka. Damian Lewis w roli Normana wypada naprawdę świetnie! Pod koniec filmu oczy miałam w mokrym miejscu.

Warto również zwrócić uwagę na antypatycznego, ale interesującego Karaboulata, który łamanym angielskim wyjaśnia Normanowi zasady rządzące nim i jego "towarem". Normalnie nóż się w kieszeni otwiera!

I na koniec jeszcze jedno: film składa się z drobnych, świetnie ujętych szczegółow: słoneczne promyki tańczące w oczach Niki, Norman zawiązujący rozsznurowany bucik Niki, jego dłoń dotykająca poręczy schodów, którą przed momentem dotknęła dłoń Greczynki. Podobał mi się zwłaszcza moment, w którym Norman podarował Niki tomik wierszy i wspominał swojego ojca, który zakochał się w dziewczynie o czerwonych włosach, w tym momencie Niki z uśmiechem spojrzała na jego rude włosy. itp.

Niektórzy, którym uda się obejrzeć ten film, może powiedzą, że film nie jest oryginalny, korzysta z utartych gatunkowych schematów, ot, taki kostiumowy wyciskacz łez. Ja jednak z całą pewnością mogę powiedzieć, że dawno już nie wzruszyłam się z taką mocą na żadnym filmie. Można powiedzieć, że przeżyłam swoiste katharsis, a to przecież pozytywne doznanie, czyż nie?
Damian Lewis i jego "Life" 2008-03-27

Za oknem prawdziwa zima. Śnieg sypie jak z poprutej pierzyny i aż nie chce się wierzyć, że to nie tylko wiosna, ale już i po świętach wielkanocnych! Mimo wszystko w mojej duszy robi się wiosennie. A po czym to poznać? Po odurzeniu pewnym aktorem! :D Wiadomo, że jak wiosna w kalendarzu, to praedziowi zaczyna wiosennie odbijać... Ale po kolei.

Od jakiegoś tygodnia oglądam sobie amerykański serial pt. "Life" z Damianem Lewisem w roli głównej. Muszę przyznać, że dawno mnie żaden serial (poza Supernatural) nie wciągnął na tyle, żebym rozmyślała o nim dzień i noc.

"Life" jest dobrze napisany, ma wartką akcję, świetną (naprawdę świetną!) muzykę i przede wszystkim dobrą obsadę. Główny bohater, w którym pomału się zakochuję, nazywa się Charlie Crews. Jest gliniarzem po przejściach - dostał dożywocie za zbrodnię, której nie popełnił. Odsiedział za nią 12 lat w więzieniu. Gdy nie udowodniono mu winy (wznowiono śledztwo), wyszedł na wolność, uzyskawszy ogromne odszkodowanie liczone w milionach dolarów. Po opuszczeniu więzienia, znalazł pracę jako policjant w L.A. Razem ze swoją partnerką (również z bujną przeszłością) - Dani Reese rozwiązują kolejne zagadki kryminalne.

A za co kocham Charliego Crewsa? Za nieprzeciętny humor, świetne teksty nawiązujące do jego filozofii życiowej (będąc w więzieniu zapoznał się tam z filozofią zen, która pomogła mu przetrwać najcięższe chwile za kratkami), niesamowitą inteligencję oraz hart ducha. Tak - Charlie - przez 12 lat będąc w piekle, pozostał pogodnym człowiekiem, mimo że w głębi serca pozostała mu chęć zemsty na prawdziwych sprawcach owej zbrodni, za którą odsiedział w pace.

Gdzieś w nim siedzi ten cień, do którego Charlie boi się przyznać sam przed sobą. Pogoda ducha oraz ten cień właśnie czynią z detektywa Crewsa nader interesującą postać. A dodawszy do tego nieprzeciętną urodę bohatera (rude włosy i cudne oczy oraz usta) - mamy wszystkie elementy układanki potrzebne do wyjaśnienia mojego zachwytu ta postacią.

Obecnie mam fazę na "wszystko z Damianem Lewisem". Tak więc szperam w internecie oraz swoich zasobach filmowych i raczę się m.in. "Kompanią braci", "Stormbreakerem", "Keane'm" i innymi filmami. W każdej z tych produkcji Damian Lewis pokazuje, że jest świetnym aktorem, no i powala mnie na twarz swoją urodą. Co tu dużo mówić - wpadłam jak śliwka w kompot!

Muzyczna pocztówka. 2008-02-17


W tle leci przepiękny kawałek Calico.

Kiedyś pisałam o pewnych sposobach grania folkowej muzyki, inaczej aranżacjach. Tak już jest, że niektóre wykonania wcale nie robią na mnie wrażenia, a niektóre wręcz przeciwnie. W folku fascynuje mnie to, że ludzie własnoręcznie grają na instrumentach tworząc tym samym przecudną harmonię dźwięków. Nie robi tego za nich komputer ze swoimi programami i stosownymi guziczkami, ani inna maszyna. To ludzkie dłonie trącają struny gitary, dzierżą smyczek do skrzypiec czy uderzają w bodhran.

Bodhran... Taaak... Kiedyś, pamiętam, oglądałam urywek koncertu pewnego polskiego zespołu. Mieliśmy tam skrzypaczkę, flecistę, gitarzystę, wiolonczelistę i bodhranistę właśnie. Moją uwagę przykuły dłonie tego ostatniego. Jak się układały podczas uderzania w instrument! Tak delikatnie, a jednocześnie stanowczo, no i nieustannie, nieustannie uderzały w bodhran, wydobywając z niego żądany dźwięk. Twarz bodhranisty była skupiona, oczy zamknięte, a usta coraz to rozszerzały się w delikatnym uśmiechu.

O ile przyjemniej słuchać takiej muzyki, kiedy się widzi, jaką radość sprawia gra instrumentaliście. Kiedy się zdaje sprawę z tego, że to jednak niemały jest wysiłek...!

Ja w każdym bądź razie zawsze, kiedy słyszę bodhran, przypominam sobie dłonie i wyraz twarzy tamtego wykonawcy. I tak już chyba pozostanie na zawsze. :-)
Z Nowym Rokiem! 2007-12-31






Już minuty dzielą mnie od nowego roku. Korzystając z okazji, siąpiąc nosem z powodu potężnego kataru ;) chciałam złożyć życzenia całej mojej rodzinie, przyjaciołom i znajomym oraz przypadkowym wędrowcom, którzy tu zaglądają... Niech spełnią się wam wszystkie życzenia, niech apetyt na życie i jego cuda nigdy was nie opuszcza, znajdujcie w każdej chwili powód do uśmiechu, a łzy, jeśli zawitają w waszych oczach niech będą tylko i jedynie łzami szczęścia.

Niech ci, którzy są na imprezach, bawią się hucznie do białego rana, a pozostałym życzę spokojnej nocy spędzonej w gronie najbliższych.

Dobranoc!
 http://praedzio.wrzuta.pl/audio/zQJVFX5BIr/
Jeden dzień z życia 2007-11-23

Ostatnimi czasy życie płynie bardzo jednostajnie. Praca, dom, praca, czasem spotkanie z bliższymi lub dalszymi znajomymi. Ogólny marazm, zmęczenie i nuda ;)

Dzieciaki w szkole potrafią dać w kość. Przekonuję się o tym przez cały czas. Sprawdza się to, co kiedyś jedna z przyjaciółek przesłała w żartobliwym SMS-ie: Co, rebiata nadajeła?

Szkoła to takie specyficzne środowisko. Człowiek cały czas się czuje, jak na wojennym froncie. A przetrwanie zależy od tego, jakiej grubości pancerz danego dnia przywdziejesz na siebie.

Front cały czas się przesuwa. Zmieniają się również strony walczące i ich sprzymierzeńcy. Raz sprzymierzam się z dzieciakami przeciwko innym nauczycielom, a innym razem wojuję z uczniami, a pociechę mi niesie rozmowa z kadrą nauczycielską.

Oczywiście, są też uczniowie i… uczniowie. Z jednymi wspaniale mi się pracuje, dogaduję się z nimi naprawdę dobrze. No, a innych to gotowam powystrzelać jak dzikie kaczki.

By the way, na strzelnicę też zaczęłam chodzić. ;)

Próbując złapać trochę oddechu, zanurzam się w świecie książek i filmów. Prawdziwą odskocznią od moich problemów jest również moje ulubione forum.

Przez całe lato zaznajamiałam się z serialem Supernatural. Znawcom serialu nie trzeba chyba go przedstawiać. A tym, którzy go nie znają… cóż… mogę jedynie go polecić. J Serial jest wspaniałą mieszanką fantastyki, horroru i filmu przygodowego. Nie brak w nim również problemów należących raczej do produkcji obyczajowych. Bohaterami Supernatural są dwaj bracia, którzy we wczesnym dzieciństwie stracili matkę w dosyć, ekhem, burzliwych okolicznościach. Ich ojciec po tym zdarzeniu zaprzysiągł wieczną wojnę ze wszelkimi nadnaturalnymi siłami (do których zaliczamy wilkołaki, demony, strzygi, wampiry i inne stwory). Do walki wciągnął starszego syna, Deana. Obaj podróżowali po Stanach w poszukiwaniu wszelkich potworów i likwidowali je. Pewnego dnia ojciec zniknął. Dean postanowił wtedy do „rodzinnego biznesu” zaprosić młodszego brata, Sama.













Od tej pory nic już nie było takie samo. Chłopaki walczą z siłami ciemności i poszukują swego ojca. Podczas podróży po całym kraju dowiadują się mnóstwa rzeczy zarówno o stworach z pogranicza jawy i snu, jak i o nich samych. Wspaniale było (i jest nadal) obserwować umacniającą się więź między nimi. Wzajemne animozje, komiczne sytuacje oraz dramatyczne okoliczności przybliżają nam charaktery obu chłopaków.

Przyznaję się bez bicia, że dla mnie bliższy jest poważny, rozsądny i ujmujący Sam. J Jednakowoż większość moich znajomych koleżanek zachwyca się szalonym i przystojnym Deanem, czego absolutnie nie mam im za złe ;) .

Na zakończenie dodam tylko, że żałuję, iż z powodu strajku amerykańskich scenarzystów nie mogę cieszyć się kolejnymi odcinkami swego ulubionego serialu. Mam jednak nadzieję, że kryzys szybko zostanie zażegnany i znów będę się śmiać, bać, zagryzać paznokcie w zdenerwowaniu oraz smucić z moimi ukochanymi bohaterami.

Wieczorną porą... 2007-09-30



























Ja właściwie tylko na chwileczkę. Podzielę się z wami pewną piosenką, która sprawia, że serce mi łopocze niczym spłoszony ptak. Mowa o niedawno odkrytej przeze mnie Imogen Heap i jej Have You Got It In You? ( http://praedzio.wrzuta.pl/audio/8KDZmpBu4D/ )
Uwielbiam ten magiczny klimat na początku i końcu piosenki, który sprawia, że chce mi się... latać. Wiem, zbyt śmiesznie to brzmi, ale chyba każdemu wolno marzyć?
Ostatnio miewam takie dziwne sny, których ta piosenka jest odzwierciedleniem. Zwiedzam w nich dziwne krainy - w jeszcze bardziej osobliwszym towarzystwie. 

Hm, zawsze mogę to zwalić na efekt przeciwgrypowych leków, którymi szprycuję się już od tygodnia :). 

Z pamiętnika sfrustrowanej bibliotekarki ;) 2007-09-27

Oj, dawno mnie tu nie było! Okres letni zaczął się i minął niczym sen pracoholika. Przez te kilka miesięcy nic ciekawego się nie zdarzyło; wypoczęłam, pooglądałam kilka seriali, wyszukałam kilka niezwykłych muzycznych płyt, zaliczyłam jedno wesele, kilka spotkań z przyjaciółmi i... nim się spostrzegłam, nadszedł ON czyli NAJSTRASZNIEJSZY MIESIĄC POCZĄTKUJĄCEGO NACZYCIELA. Wrzesień znaczy się ;). 

Mając w bagażu swoich doświadczeń roczną przygodę z zaciszną Książnicą, znudzona nieco zbyt przedłużającym się okresem nicnierobienia stanęłam nagle oko w oko ze strasznym potworem: szkolną gawiedzią. Pierwszym zmysłem, który przeżył szok, był mój wzrok. Ujrzałam mrowie dziecięcych głów, mnóstwo rąk i nóg, plecaki, buty, piłki, mundurki (a raczej część tych mundurków pod postacią kamizelek z logo szkoły). Wszystko to jawiło mi się, jako ruchliwa fala gotowa mnie zmieść ze schodów budynku, korytarza szkolnego, tudzież szkolnej toalety... Następnym zmysłem, który zaczął świrować, był mój słuch. W życiu nie spodziewałam się, że stworzenie mierzące około metr dwadzieścia potrafi wydobyć z siebie ryk porównywalny chyba tylko z lokomotywą skrzyżowaną z gigantycznym czajnikiem. A teraz pomnóżcie to przez około setkę gardeł... 

Przez pierwsze dwa tygodnie przemykałam chyłkiem przez szkolny korytarz, tuląc uszy, a wzrok kierując w bezpieczną stronę lokalizującą się w okolicach moich butów. Teraz mija czwarty tydzień mojej pracy i wielogłowy potwór zaczyna się trochę oswajać. Rozpoznaję pojedyncze twarze "antycymonków", odpowiadam nawet na wywrzaskiwane "dzień dobry" z coraz pewniejszym uśmiechem. Ręce już mi się tak nie trzęsą, kiedy wyjmuję karty czytelników i podaję im książki. Już coraz rzadziej rozglądam się z paniką po półkach próbując zlokalizować daną pozycję. Teraz nawet bezczelnie mówię uczniom, żeby przyszli na następnej przerwie, to być może znajdę żądaną książkę... ;) 

Inną sprawą są niespodziewane zastępstwa. Chyba nie ma szkoły, w której nie wykorzystywano by bibliotekarzy szkolnych pod tym względem. Z początku strasznie panikowałam, kiedy przychodziła pani wicedyrektor i znacząco spoglądając na mnie zza swoich okularów mówiła, że w czwartek czy wtorek na szóstej czy innej lekcyjnej taka to a taka klasa (obojętnie podstawówka czy gimnazjum) ma niespodziewane okienko, bo nauczyciel zachorował czy coś w tym stylu i... Pani Kasiu, zajmie się pani tą klasą. (to nawet nie było pytanie). Na początku myślałam: Chryste, co ja pocznę z takim stadem dzieciaków?! Nie spałam kilka nocy z rzędu z nerwów. Teraz też się denerwuję, ale już nie tak.

 Najlepiej było we wtorek. Zwaliły się na mnie dwie klasy szóste, plus druga gimnazjalna. Ta gimnazjalna to dosłownie na momencik, około 10 minut, bo nauczycielka musiała coś załatwić w gabinecie dyrektora. Ale przez chwilę przeżyłam moment grozy próbując ogarnąć ponad 60-osobową gromadę wpatrującą się we mnie i wrzeszczącą na różne głosy: Proszę pani, co teraz będziemy robić? Cóż, od czego jest ładna pogoda i boisko? Stres rozładowałam oglądając rozgrywkę piłki nożnej między szóstą "b" a szóstą "c", kibicując im razem z drugą "c"... 

W poniedziałek załapałam się na dwugodzinną wycieczkę z maluchami, to znaczy z pierwszakami, jako jedna z ich opiekunek. Proszę pani, a gdzie my jedziemy? - Jedziemy na spotkanie z prezydentem - odrzekłam, będąc uprzednio poinformowana o celu wycieczki. - Spotkamy się z Kaczorem?? - zdumiał się młody delikwent. Zszokowana jego pytaniem przez chwilę zapomniałam języka w gębie. - Nie, Michałku, jedziemy na spotkanie z prezydentem miasta - wydukałam w końcu, zapominając zgromić pierwszoklasistę za niewybredne słownictwo i nikły szacunek dla głowy państwa. W trakcie wycieczki nie zanotowałam dalszych ekscesów (nie było zresztą kiedy, bo wraz z trójką innych nauczycielek byłam zajęta pilnowaniem, by 38-osobowa trzódka nie rozpierzchła się nam w tłumie innych zaproszonych klas z równoległych szkół). 

Dzisiaj, zmęczona wypożyczaniem, przyjmowaniem zwrotów, przepisywaniem różnych druków na komputerze, robieniem gazetki, kserowaniem setki stron materiałów dydaktycznych dla nauczycieli i pilnowaniem trzech po kolei klas, "którym zachorował nauczyciel prowadzący", przeżyłam chwilę autentycznego wzruszenia, kiedy ostatnia z tych klas - rozszczebiotani czwartoklasiści - z zainteresowaniem zaczęli pytać o to, jak funkcjonuje biblioteka, kiedy można wypożyczać książki, a kiedy korzystać z komputerów i internetu, dlaczego wpisujemy się do zeszytu i jak należy to robić... Część klasy wzięła kilka czasopism i komiksów, rozsiadła się na krzesłach i na podłodze i cichutko zatopiła się w czytaniu. Jeden chłopiec poprosił o możliwość skorzystania z komputera i grzecznie zapytał, z jakich stron może korzystać (myślałam, że z radości go adoptuję!). Na koniec zajęć wstał i poważnym tonem powiedział: Dziękuję za to, że mogłem skorzystać z komputera.

Przyznaję - dla takich chwil warto być szkolnym bibliotekarzem! Czego (takich chwil) sobie i wam życzę! :)

Różne oblicza miłości 2007-06-22








































Od niedawna, zafascynowana urodą jednego z Herosów, oglądam sobie amerykański serial młodzieżowy pt. "The Bedford Diaries", w którym występuje interesujący mnie aktor. Z początku oczywiście skupiałam się na postaci Richarda Thorne'a, ale... zauważyłam, że serial wciąga mnie na dobre.

Wypadałoby rzec o nim kilka słów. Opowiada on o szóstce studentów, którzy uczęszczają do college'u Bedford w Nowym Jorku. Studenci owi to: Sarah Gregory - przewodnicząca Samorządu Studenckiego, jej młodszy brat - Owen, Richard Thorne - wydawca studenckiej gazety, jego eks-dziewczyna - Natalie Dykstra, Lee Hemingway - ciemnoskóry stypendysta z Queens oraz Latynoska Zoe Lopez. Owi studenci chodzą na seminarium profesora Jake'a Macklina poświęcone zagadnieniu "Seks a człowieczeństwo". Młodzi ludzie za zadanie mają stworzenie własnych pamiętników video rozpatrujących ich życiowe doświadczenie pod kątem omawianych kolejno zagadnień związanych z miłością. Są to m.in. wpływ minionych przeżyć na obecne zachowanie w kwestiach damsko-męskich, miłość a odpowiedzialność, miłość a sekrety oraz manipulacja w miłości. Tych zagadnień pewnie będzie jeszcze więcej, ale na razie jestem na czwartym odcinku... Każdy odcinek skupia się na jednym zagadnieniu rozpatrywanym poprzez pryzmat przeżyć poszczególnych bohaterów. Na przykład w odcinku opowiadającym o seksualnej przeszłości naszych studentów dowiadujemy się, ze Sarah Gregory miała romans z wykładowcą w Bedford, Richard był uzależniony od alkoholu i narkotyków, co pośrednio spowodowało samobójczą próbę jego ówczesnej dziewczyny, Natalie.

Każde zagadnienie wiąże się z następnym, w wyniku czego uzyskujemy interesującą mozaikę ludzkich zachowań i doświadczeń. Coś zawsze wypływa z czegoś.

Dzisiaj, na przykład, w czwartym odcinku dowiadujemy się o interesujących powiązaniach między Richardem, Jake'm i Kathryn - byłą żoną Jake'a, a romansującą obecnie z Richardem. Ten ostatni wychodzi tutaj na mistrza manipulacji. Brr...! Coś wspaniałego! W psychologicznym sensie, rzecz jasna! 

Z przyjemnością będę oglądać następne odcinki. Jednak przyjemność owa będzie okraszona pewną dozą zasmucenia, ponieważ serial ma tylko osiem odcinków. Najwidoczniej w Ameryce nie cieszył się wielkim powodzeniem i postanowiono zakończyć na tylko jednym sezonie. Szkoda.

O pewnych Włochach z irlandzką duszą ;) 2007-06-19



W uszach brzmi moje najnowsze muzyczne odkrycie: Birkin Tree. Kurczę, nie sądziłam, że Włosi mogą grac tak cudnie irlandzką muzykę! Wprost wspaniałe połączenie fletu, harfy, skrzypiec, pipesów i… saksofonu! 

Nawet przez myśl mi nie przeszło, że jeszcze coś mnie w irlandzkiej muzyce zadziwi. Zdawało mi się, że wszystko w tej muzyce zostało już powiedziane, wszystko się powtarza… Ależ byłam głupia! Zupełnie zapomniałam o tym, co bodajże jeden z Carrantuohilli powiedział: że irlandzka muzyka doskonale absorbuje różne gatunki muzyczne. Łączy się z nimi sprawiając, że wszystko się doskonale nawzajem uzupełnia. 

Nie wiem, na czym polega fenomen tej muzyki. Co sprawia, że niekiedy irlandzka muzyka brzmi tak ubogo w niektórych wykonaniach, a niekiedy tak bogato. Nie znoszę na przykład Dublinersów – ich głosy przypominają mi – pardon ma Frenche – głosy pijaków zawodzących np. Hej, sokoły! A tacy na przykład Old Blind Dogsi, czy właśnie Birkin Tree - sprawiają, że spaceruję po dźwiękach muzyki jak po tęczowej kładce… 

Chce mi się jednocześnie śmiać, płakać, tańczyć i siedzieć lub stać nieruchomo wsłuchując się w ukochane dźwięki. Uwielbiam instrumentalne utwory. Wydają mi się o wiele bogatsze od tych z tekstem. Niosą ze sobą wiele znaczeń – nie tylko jedno. 

To trochę jak poezja, każdy dany wiersz odczytuje po swojemu. Tak samo jest z muzyką. Tylko, moim zdaniem, muzyka w tym względzie jest bogatsza. 

Jejku! Jak ja uwielbiam wyławiać pojedyncze instrumenty z całej feerii dźwięków! Flet, harfa, skrzypce… Każdy instrument prowadzi mnie za rękę w swoja stronę obiecując podróż w nieodkrytą jeszcze krainę marzeń. Pianino, gitara klasyczna i saksofon sprowadzają mnie na ziemię po to, by oddać moje uszy we władanie pipesów. 

Zaczyna się kolejny kawałek i natchnął mnie pewną myślą. O powodzeniu danego utworu decyduje jego początek i koniec. Środek, oczywiście, jest również ważny, ale odpowiednie rozpoczęcie i zakończenie podkreśla ów środek, nadając mu pewne określone znaczenie. Irlandzkie jigi i reele mają to do siebie, że łączą się ze sobą komponując się w jeden utwór. A więc początek może być wolny, później w następnych etapach utwór zwiększa swą dynamikę, by na koniec oszołomić słuchacza zawrotnym tempem. 

Dobra, będę kończyć, bo o irlandzkiej muzie mogę pisać godzinami, delektując się każdym usłyszanym kawałkiem. 

Zespół Birkin Tree zapisuję sobie do „Ulubionych”.

Mistyczno-wiosenne dumania nad przyrodą 2007-05-05


























W tle Capercaillie Oran Do Loch Iall. Skoczna i rytmiczna melodia, skrzypce i tańczący wokół nich flet budzą jakieś dziwne, pierwotne instynkty w mojej duszy. Za oknem wiosna, wiatr z północy przynosi tajemniczy zapach przypominający zapach jabłek wpływający przez otwarte okno do mojego pokoju.

Wiosną najczęściej, ale również w innych porach roku czasem czuję ów zapach. Nigdy nie mogę go zidentyfikować, ani uchwycić dłużej jak na sekundę. Zaraz tonie wśród innych zapachów. Podejrzewam, że to jakaś bagienna roślina lub krzew, którego liście, czy też kwiaty wydzielają ów właśnie aromat. Ale lubię czasem myśleć, że to daleki zapach Avalonu... Zwłaszcza, kiedy kołysze mnie taka muzyka jak teraz. 




























W czwartek zrobiłam sobie z przyjaciółmi wypad na Wyżary. Och! Jak pięknie o tej porze jest w lesie! Puszcza Knyszyńska objęła nas swoimi cienistymi ramionami, rozścielając pod stopami dywan z zawilców, przylaszczek, kaczeńców i mnóstwa innych kwiatów. Ptaki śpiewały różnorodnymi głosami nawołując do nas ze wszystkich stron. Żaby ochoczo im akompaniowały wynurzając się z mokradeł. Złocisty błękit nieba odbijał się w gładkiej tafli wody lekko marszczonej podmuchem wiatru. Co jakiś czas nad stawem przelatywał ogromny, brunatny ptak - podejrzewam, że to był jastrząb, ale pewności nie mam.

Jezu! Zupełnie jakbyśmy zawędrowali do innego świata. Wszędzie spokoj, cisza, szum wody w strumieniu biegnącym po drugiej stronie leśnej drogi...

Później podjechaliśmy dalej - w okolice Królowego Mostu, by powspinać się po zarośniętych lasem pagórkach. Fajnie to wyglądało: góra - dół - góra. Idziesz sobie stokiem jednego pagórka, stąpając ostrożnie, bo zbocza niekiedy są strome i po lewej stronie widzisz czubki drzew, które znajdują się na równi z tobą, a rosną w dolince.

Ech! To była przyjemna wycieczka. Szkoda tylko, ze tak sucho jest w lesie. Naprawdę, potrzebny jest deszcz. Prognozy mówią, że niedługo spadnie. Oby!


Zobacz serwisy INTERIA.PL